Joanna zmarła na nowotwór po szczepionce HPV

Joanna zmarła 8 października 2017 r. Jej rodzina skontaktowała się ze STOP NOP tuż przed jej śmiercią dzieląc się jej historią.

Opublikowaliśmy wtedy następującą informację na Facebooku:

Joanna ma 34 lata. Zaszczepiona pótora roku temu Gardasilem 9 (przeciw HPV). Po pierwszym szczepieniu w miejscu ukłucia pojawił się guzek. Pani doktor ordynująca szczepienie uznała, że to nic niezwykłego, normalna reakcja, trzeba rozmasować… i zaszczepiła kolejną dawką.
Po półtora miesiąca kobieta trafiła na SOR z bólem brzucha. Okazało się , że ma dużego guza na trzustce. Oba guzy ten na trzustce i ten w miejscu wkłucia rozrastały się w szybkim tempie. Lekarze zdecydowali się na wycięcie guza trzustki myśląc, ze to brodawczak… Po operacji okazało się jednak, że to nie brodawczak tylko guz, którego się nie operuje. W przeciągu kilku dni guzy zaczęły pojawiać się na całym ciele, również na twarzy w okolicy oka. Joanna zdecydowała się na leczenie proponowane przez lekarzy. Niestety nic nie wniosło. Korzystała później z wlewów, ale te też nie pomogły.
Na dzień dzisiejszy Joanna walczy o życie.
Jak powiedział jej tata: „Nie wiem czy to będzie dziś, czy jutro”…
Prosimy Was o modlitwę w intencji tej rodziny.
Wyprzedzając Wasze pytania lekarze stwierdzili, iż guz spowodowany szczepieniem był pierwszy… od tego się zaczęło…

Ta gorzka prawda spotkała moją córkę, 34 letnią Joannę z Warszawy. Asia była zdrową, normalną kobietą, żoną i matką 3 letniego Franka. Za namową swojej ginekolog (według opinii pacjentek bardzo dobrej lekarz) zaszczepiła się przeciw wirusowi HPV.

 

Pierwszą dawkę otrzymała 28.02.2016 r. Po tym szczepieniu dosyć szybko nastąpił NOP (niepożądany odczyn poszczepienny) w postaci sporego zgrubienia w miejscu podania szczepionki. Fakt ten został przez panią doktor zbagatelizowany, uznała, że to nic takiego, trzeba tylko rozmasować. Ten banalny w jej rozumieniu NOP nie był przeciwskazaniem do dalszego szczepienia.

 

Po około miesiącu została podana druga dawka Gardasilu. Szczepionka która miała ochronić ją przed rakiem, zadziałała wręcz odwrotnie. Co prawda nie rozwinął się wirus brodawczaka, ale paskudny mięsak, który zaatakował cały organizm. Niedługo po drugim szczepieniu (około 2,5 miesiąca) trafiła na SOR. Okazało się, że ma dużego guza na głowie trzustki (4,5 cm).

 

Oba guzy na ramieniu i na trzustce rozwijały się w bardzo szybkim tempie, ale niepokój lekarzy wzbudzał nowotwór w brzuchu.

 

W związku z czym zdecydowali się przeprowadzić operację, sądząc, że mają doczynienia z brodawczakiem. Jednak w późniejszych badaniach histopatologicznych okazało się, że jest to mięsak, rak którego się w takim stadium się nie operuje.

 

Ta błędna decyzja spowodowała jego rozsiew po całym organizmie. Potoczyło się to błyskawicznie, już po 10 dniach dało się wyczuć zgrubienia na twarzy w okolicy oka, na szyi, na klatce piersiowej. Operację przeprowadzono w szpitalu na Bródnie, a dalsze leczenie miało mieć miejsce w Instytucie Onkologii na Ursynowie. Tam profesor zapytany o powodzenie terapii, powiedział prosto w oczy, bez owijania w bawełnę, że jeśli nie podda się leczeniu to 6 miesięcy a jak podda się ich procedurom, to szanse życia wydłużą się do 14 miesięcy.

 

Czy tak powinna wyglądać motywująca rozmowa, jak ma reagować pacjent na wiadomość o takich rokowaniach. Rodzi się następne pytanie czy tak powinno wyglądać nowoczesne leczenie. Podawanie toksycznej chemii, która zwiększa szansę przeżycia o kilka miesięcy, a przy okazji robi z człowieka ubezwłasnowolniony niezdolny do normalnego życia wrak. Obecne terapie same mogą wywoływać nowotwory co można przeczytać w formularzu z możliwymi powikłaniami który pacjent podpisuje wyrażając zgodę na poddanie się tej toksycznej kuracji. W innych krajach odchodzi się od tradycyjnej chemioterapii. Pacjentom podawana jest tzw. Immunoterapia czyli chemia celowana, przy której skutki uboczne sprowadzone są do minimum. U nas tego rodzaju leczenie nadal jest w sferze marzeń. Asia ponoć się na nią zakwalifikowała, ale czas oczekiwania okazał się niestety za długi.

 

Wiara w skuteczność leczenia podsycana co jakiś czas przez lekarzy, powodowała skupienie się na metodach akademickich, a metody alternatywne były stosowane w dość ograniczonym stopniu. Wlewy dożylne z witaminy C, glutationu, magnezu, ozonu były podawane chyba zbyt asekuracyjnie. Joannie po tych kuracjach poprawiało się samopoczucie i wyniki badań, niestety kolejne porcje chemii skutecznie to niwelowały. Nowotwór dość szybko przejął kontrolę nad ciałem Asi, dodatkowo powodując niedowład rąk i nóg, a leki przeciwbólowe mocno ograniczyły logiczny kontakt z otoczeniem.

 

Niestety Joanna w wieku 34 lat przegrała swoją walkę o życie. Zmarła w nocy 08.10.2017 roku, 1,5 roku od momentu podania pierwszej dawki szczepionki przeciwko HPV. Pan profesor pomylił się w swoich obliczeniach tylko o trzy dni.

 

Historia ta powinna być przestrogą, porządną lekcją dla innych młodych dziewczyn i kobiet a szczególnie rodziców, którzy jako opiekunowie wyrażają zgodę na to szczepienie. No tak teraz wyrażają, jednak system coraz bardziej zaciska pętlę i tylko patrzeć jak ta kontrowersyjna szczepionka trafi do kalendarza szczepień.

                                                                              Maciej – ojciec Joanny